Jej Eminencja
Czcigodna Mindrolling Dzietsun
Khandro Rinpocze


Kiedy Khandro Orgjen Tsomo, poprzednia Khandro, była bliska swego odejścia, mniszki, które jej towarzyszyły, prosiły, by narodziła się ponownie na tym świecie. Odparła, że stanie się to w Zangdok Palri i tam będą mogły się znów z nią spotkać.

Obecna inkarnacja, Khandro Tsering Paldron, spadkobierczyni Linii Jeszie Tsogjal, urodziła się w klasztorze Zangdok Palri w Kalimpongu w tybetańskim roku Ognistej Owcy jako starsza córka J.Ś. Mindrollinga Triciena Rinpoczego.

Gdy miała zaledwie rok, ukazała przeróżne pomyślne znaki i Jego Świątobliwość XVI Karmapa rozpoznał w niej inkarnację Wielkiej Dakini z Tsurphu, nazywając ją Khandro Orgjen Tsomo. W wieku trzech lat została oficjalnie rozpoznana, a następnie intronizowana.

Khandro Tsering Paldron, znana jako Khandro Rinpocze, otrzymała zarówno wykształcenie w stylu zachodnim, jak i tradycyjną klasztorną edukację w stylu tybetańskim. Jej głównymi duchowymi nauczycielami są J.Ś. Mindrolling Tricien Rinpocze, J.Ś. Gjalłang Karmapa i J.Ś. Dilgo Khjentse Rinpocze.

Rinpocze opiekuje się klasztorem swego ojca, Mindrolling, w północnych Indiach, prócz tego na prośbę Gjalłanga Karmapy jest opatką klasztoru mniszek, Karma Ciekhor Decien w Rumteku (Sikkim), a obecnie coraz częściej naucza także na Zachodzie.


Czcigodna Khandro Rinpocze, opierając się na tradycyjnych buddyjskich naukach – o istocie narodzin w ludzkiej postaci, o prawdzie, nietrwałości, realności cierpienia i nieuchronności karmy – wyjaśnia, jak i dlaczego powinniśmy lepiej wykorzystać nasze krótkie życie dla doskonalenia duchowego i poprawy świata. W jej książce "NASZE CENNE ŻYCIE", znajdziemy wskazówki, które pomogą nam zrealizować nasze psychiczne i fizyczne możliwości. Przekonamy się też, że życie jest darem, dzięki któremu – osiągając osobisty duchowy spokój – przyczyniamy się do szczęścia innych ludzi. Rebis www.rebis.com.pl




Nie macie czasu na praktykę?

Poranny wykład spędziliśmy, starając się zrozumieć, jak ważne jest to, aby faktycznie dotrzeć do samego korzenia tego fałszywego przekonania, że istnieje konceptualne, pojęciowe ja. Tym niemniej popołudniu otrzymałam kilka listów z prośbą o rozmowę indywidualną, w których pojawiły się prawie identyczne pytania. Wydaje się, że przyczyną większości z nich jest ta sama trudność, typowy problem, którego doświadczają medytujący. Chodzi o nieumiejętność połączenia praktyki z codziennym życiem.

Istnieje niemal takie przekonanie, że ktoś, kto jest dobrym praktykującym, równocześnie musi być niezaradną i niepraktyczną osobą. I na odwrót, skoro ktoś jest praktyczny i dobrze zorganizowany, nie będzie umiał dobrze medytować. Ale jest to błędny sposób patrzenia na rzeczy. Dzieje się tak, kiedy oddzielacie to, co uwarunkowane, od tego, co absolutne. Po prostu, jak sądzę, mamy tendencję do konceptualizowania naszej własnej praktyki, własnej medytacji. Traktujemy jej rezultat jako coś całkowicie nieprzystającego do naszych codziennych, zwyczajnych obowiązków. Jest to błędne rozumowanie. Z mojego punktu widzenia praktyka nie stoi w sprzeczności z codziennym życiem i nie ma w tym nic trudnego. Raczej o wiele łatwiej jest być świadomym swoich codziennych obowiązków, jeśli jest się wolnym od nieustannego konceptualizowania, ciągłego lgnięcia, wiecznego chwytania, nieprawdaż? Im więcej elastyczności, tym jest to prostsze. Dlaczego więc ludzie mają z tym taki problem?

Kiedy o to pytam, zazwyczaj słyszę w odpowiedzi: "Mam zobowiązania wobec mamy, mam zobowiązania wobec żony, mam obowiązki w stosunku do swoich dzieci, muszę być odpowiedzialny w pracy, muszę być odpowiedzialny za dom." To dobrze, tak powinno być, ponieważ to wszystko stanowi część naszego życia. Kiedykolwiek inni potrzebują, byście mieli dla nich czas, powinniście go znaleźć. Nie ma w tym nic trudnego. Wprawdzie gdy jesteście dostępni dla innych, kiedy tylko was potrzebują, to może wam się wydawać, że wasza formalna praktyka - patrząc w kategoriach czasu, który jej poświęcacie - staje się przez to krótsza czy mniej intensywna. Lecz po co właściwie praktykujecie? Dlaczego w ogóle siedzicie w medytacji?

Rzecz w tym, żeby nauczyć się przekraczać tę ciągłą potrzebę ochraniania siebie, swego poczucia "ja". Przypuśćmy, że widzicie jakiegoś nauczyciela, którego zachowanie zaczyna się wam wydawać egoistyczne, ponieważ on ciągle narzeka: "Nie mam dla siebie czasu." I mówi: "Z radością będę nauczał, z ochotą będę opiekował się ośrodkiem czy chętnie będę robił wszystko inne, ale pod warunkiem, że będę miał czas dla siebie." Wtedy od razu myślicie, że jest to bardzo samolubna osoba. Nie praktykuje tego, czego sama naucza, prawda? Ale to samo odnosi się do was samych, bowiem nie powinno być żadnej różnicy pomiędzy praktyką nauczyciela a praktyką ucznia.

Problem pojawia się wtedy, gdy patrzycie na praktykę jako na tę godzinę, półtorej czy też dwie lub trzy godziny, które na nią przeznaczacie. Jak wielu medytujących, pragniecie usiąść w spokojnym miejscu, gdzie wszystko byłoby idealne. Paliłyby się kadzidła, płonęły maślane lampki, każdy z kolorów byłby dokładnie taki, jakim być powinien. I wy pośrodku tego. Tymczasem przez pół godziny musicie uspokajać swój umysł, przez kolejne pół godziny mówicie innym, żeby się uspokoili, w końcu zmuszacie się, żeby uzyskać stan koncentracji, staracie się doświadczyć króciutkiej chwili jednoupunktowienia i to jest waszym zdaniem medytacja.

Następnie spoglądacie na zegarek i okazuje się, że potrzebowaliście półtorej godziny, aby dotrzeć do tej swojej jednoupunktowionej koncentracji. I jeśli podczas półtorej godziny nie udaje wam się regularnie uzyskiwać tego momentu nierozproszenia, który trwa nie dłużej niż pstryknięcie palcami, wtedy zaczynacie narzekać. Jeśli to nazywacie medytacją, to nie jest to właściwy sposób patrzenia na praktykę.

Co więcej często podczas praktyki lub nawet zanim zaczniecie ją wykonywać, już niepokoicie się o jej rezultat. Do tego martwicie się o czas czy o ilość mantr, którą musicie powiedzieć. Obawiacie się różnorodności tego, co macie zrobić: coś sobie wyobrażać, potem rozpuścić, coś wchłonąć, samemu wyjść poza... A jeszcze na dodatek ta myśl, unosząca się ponad wszystkim, że to, co robicie, ma pomóc wszystkim istotom! Nie jest tak?

Dla tych, którzy podczas praktyki wykonują różne rytuały, sytuacja staje się jeszcze trudniejsza. Pomimo że nie rozumiecie jego znaczenia, musicie trzymać się rytuału. Nie wiecie, do czego jest to potrzebne, ale robicie to. I tak oto mamy już podstawę, na której wyrasta pomieszanie. Naprawdę nie wiecie, po co to wszystko robicie, ale ciągniecie dalej. Tak oto zatracają się istota i znaczenie praktyki.

Z drugiej strony zawsze pojawiają się wątpliwości. Może źle wykonuję tę praktykę. Może należy ją robić tak, a może inaczej? Co Rinpocze powiedziała o tym sposobie, a co o tamtym? Co mówi książka o tej konkretnej praktyce?

Tak więc jest bardzo wiele dróg, którymi do naszej praktyki wkrada się pomieszanie. Ale w dalszym ciągu nazywamy to medytacją, choć zatraciliśmy właściwe zrozumienie celu, do jakiego miało nas to doprowadzić. Jeśli nie pamiętamy o tym, jeśli nie zwracamy na to uwagi, to zawsze będziemy mierzyć naszą medytację miarą czasu, jaki przeznaczyliśmy na formalną praktykę. W ten sposób nie pozwalamy, żeby praktyka rzeczywiście pracowała z naszym umysłem. Medytacja nie przyniesie żadnego pożytku naszemu sposobowi myślenia i nie wpłynie na jego zmianę, jeśli bardziej będziemy się koncentrować na długości sesji niż na samej istocie praktyki.

Bardzo często, gdy mamy wrażenie, że praktyka zamyka nas w pułapce, ogranicza czy krępuje, to dzieje się tak z powodu naszego konceptualnego, pojęciowego podejścia. To my sami krępujemy i ograniczamy naszą praktykę poprzez lgnięcie do własnego wyobrażenia, czym jest formalna medytacja. To właśnie czyni ją czymś trudnym. Nie jest tak wcale z powodu zbyt intensywnego medytowania.

Jest parę rzeczy, nad którymi warto popracować. Jedna z podstawowych to zbadanie związku z tą szczególną praktyką, którą chcielibyście wykonywać. Może to być medytacja bezforemna, taka jak siamatha czy wipasjana. Może to być praktyka wykorzystująca fazę stwarzania (kje rim) czy powtarzanie mantry albo przyjmowanie Schronienia, czy też praktyka mahajany, taka jak tonglen. Cokolwiek znacie.

Jeśli jakaś medytacja jest wam bliska i wykonujecie ją jako swoją codzienną praktykę, jest niezwykle istotne, aby naprawdę zbadać, jaki macie z nią związek. Jeśli wybraliście ją dlatego, że czujecie, jak bardzo jest wam bliska, to nie ma tu wiele do dodania. Ale czasami ludzie mają skłonność, by nie doceniać wagi formalnej praktyki, tak jakby sądzili, że nieświadomy, ciemny umysł pewnego dnia sam się przebudzi i stanie się całkowicie oświecony. Dlatego ze spokojnym sumieniem marnują mnóstwo czasu. W takich przypadkach, a czasem też z innych powodów, nauczyciel może sam zadać wam konkretną praktykę jako waszą codzienną medytację.

Istnieją zatem dwa sposoby związania się z jakąś praktyką. W pierwszym przypadku sami wybieracie sobie osobistą medytację, w drugim z określonych powodów daje ją wam nauczyciel. Jednak w obu wypadkach wykonujecie ją codziennie, stosując się do instrukcji otrzymanych od nauczyciela, i dzięki temu będziecie w stanie w pełni ją docenić.

Zakłada się, że kiedy ktoś już otrzyma konkretną medytację i instrukcje do niej, to powinien poświęcić pewien czas na to, by zrozumieć, jak bardzo jest ona ważna, jakie cenne ma właściwości. Kiedy już zrozumiecie wartość praktyki samej w sobie, uświadomicie sobie również, jakiego przekształcenia wymaga wasz umysł, ile pozostaje do przekroczenia, jak dalece musi on wyjść poza własne ograniczenia. Poprzez codzienne medytowanie dochodzicie do zrozumienia, jakie to ważne, aby wasza wewnętrzna refleksja, wasz wgląd stawał się coraz bardziej całościowy i dogłębny. I to jest jedyny powód, dla którego praktykujemy. Skoro więc praktyka powinna prowadzić do takiego właśnie zrozumienia, a my nieświadomie, z jakichkolwiek powodów zaczynamy konceptualizować i oddzielać naszą formalną praktykę od codziennego życia, wtedy cały jej cel ulega zatraceniu. Mówi się, że medytacja jest narzędziem, dzięki któremu można nieustannie podtrzymywać stan uważności, przytomności umysłu.

Jeśli czas poświęcony praktyce traktujemy jako ten jedyny moment, kiedy jesteśmy świadomi prawdy, to oczywiście zawsze pojawi się poczucie winy, albo odczucie, że nie staramy się wystarczająco. Ponieważ powstrzymujemy naszą uważność od bycia tutaj. Bycie obecnym stosujemy tylko do chwili formalnej medytacji, zaś pozostały czas spędzamy w sposób, do jakiego przywykliśmy, to znaczy z całkowitym brakiem uważności.

Nawet kiedy próbujemy, i tak nie potrafimy być uważni. A umysł, który słyszał tak wiele nauk rozumie, że coś tu jest nie tak. Zaczynamy się martwić, że nie potrafimy tego wykonać, i w rezultacie staramy się wydłużyć czas praktyki, zamiast uświadomić sobie, że uważność powinniśmy stosować na co dzień.

Może więc zadalibyśmy sobie kilka pytań: czy są takie chwile w codziennym życiu, kiedy nie należy albo nie da się przyjmować Schronienia? Kiedy nie trzeba praktykować bodhiczitty? Kiedy można nie pamiętać o uważności i rozwijaniu Mądrości Pustki? Człowiek praktykujący to taka osoba, która w każdym momencie jest w stanie medytować i być świadomą wymienionych powyżej wartości [trzech zasadniczych aspektów ścieżki]. Nie ma ani jednego działania, które może lub powinno być pozbawione takich właściwości.

A zatem nie ma co rozważać problemu, że ktoś ma za mało czasu na praktykę. Tak naprawdę osoba, która uważa siebie za medytującego, nie powinna ostatecznie dzielić swojego czasu na ten, który jest medytacją, i ten, który nią nie jest. Takie rozróżnianie po prostu zanika, a każda chwila staje się medytacją z tej prostej przyczyny, że ani na moment nie traci się uważności.


Tłumaczyła Inka Malcher





Moc modlitwy

(fragment wykładu)


W ostatnich czasach nasze stosunki z naturą i środowiskiem naturalnym stały się niezwykle mało stabilne. Kiedy szykowałam się tym razem do podróży do Polski, zastanawiałam się, czy z powodu ostatnich powodzi, jakie nawiedziły wasz kraj, nie będę zmuszona przypłynąć tutaj łodzią. Na szczęście okazało się, że łódź nie była potrzebna. Tego typu rzeczy, jak powodzie i inne gwałtowne zjawiska naturalne, nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie, wyraźnie wskazują, że natura chce nam zwrócić uwagę na to, jaki jest nasz stosunek do innych ludzi i do środowiska naturalnego. Tego typu sytuacje wynikają często z faktu, że obecnie ludzie są niezwykle zajęci. I dlatego najczęściej nie mają czasu, aby usiąść i uważnie zastanowić się na konsekwencjami swoich czynów. Z punktu widzenia Nauk Dharmy tego typu sytuacje wskazują na to, że brakuje nam zasługi, brakuje nam świadomości zasługi i brakuje nam czynów, które wytwarzają zasługę. Egoizm i egocentryzm to pojęcia, które osoby praktykujące buddyzm powinny łatwo zrozumieć. Kiedy egoizm i egocentryzm kieruje wszystkimi naszymi czynami, nie tworzymy zasługi.

Można to porównać do sytuacji, w której straciłeś pracę, nie masz dochodów i żyjesz na kredyt. Kiedy żyjesz na kredyt, pewnego dnia wyczerpujesz wszystkie środki i musisz spłacić dług. Jedyną rzeczą, jaką możesz wtedy zrobić, to ogłosić bankructwo. Właśnie taka sytuacja jest wytwarzana przez wszystkich ludzi na świecie i to jest to, co się dzieje w chwili obecnej na ziemi. Czujemy brak równowagi, zwłaszcza w stosunkach z naturą i środowiskiem naturalnym.

Rozpatrując tę kwestię z punktu widzenia nauk, jest wiele sposobów naprawiania takiego poczucia utraty zasługi lub braku zasługi. Każdy może rozwinąć w sobie świadomość zasługi i pilnie, z dobrymi intencjami pracować nad swoim zachowaniem tak, aby zwiększyć ilość wykonywanych dobrych czynów ciała, mowy i umysłu. W ten sposób stwarzamy prawość, dobroć i prawdziwie pomagamy innym ludziom. Przez taką postawę i czyny obdarzamy innych współczuciem i wspaniałomyślnością.

Budowanie świątyń, budowanie stup to także bardzo szczytne sposoby, aby zminimalizować brak zasługi. Jednak jest jeden, niezwykle skuteczny sposób naprawiania braku zasługi: modlitwa. Tak więc, kiedy sangha zbiera się razem, aby modlić się o pokój na świecie, o szczęście i dobrobyt dla innych, o naprawę zniszczonej ziemi i po to, by zbierać zasługę, pomaga w ten sposób uzdrowić i naprawić niektóre ze szkód, które my – ludzkość – wyrządziliśmy. Jest to niezwykle silna metoda, którą sangha może zastosować. Tradycja wspólnej modlitwy jest utrzymywana od setek lat na Wschodzie, a teraz – dzięki inicjatywie Lamy Rinczena i przewodnictwu naszych Duchowych Nauczycieli – modlitwy te odbędą się w Polsce. Uważam, że to jest wspaniała rzecz! Myślę, że to wydarzenie zainspiruje wszystkich praktykujących, aby przyłączyć się do tej wspólnej modlitwy i praktykować razem. Nie znam dobrze Polski i nie wiem, czy rozumiecie, co to znaczy siła modlitwy. Być może wiecie, co to znaczy i nie macie z tym problemu. Ale dla wielu osób na Zachodzie określenie „siła modlitwy” jest nowym pojęciem. Odnoszę wrażenie, że oni to rozumieją i jednocześnie nie chcą tego zrozumieć.

Przez wiele lat próbowałam wytłumaczyć, jaka siła leży w dźwięku, w modlitwie, w wyrażaniu życzeń. Mimo to zawsze byli ludzie, do których żadne słowa nie docierały i którzy tego nie rozumieli. Więc kiedy już wszystkie sposoby i wszystkie porównania zawodziły, to mimo tego, iż nie jest to zbyt elegancka forma tłumaczenia, przedstawiałam to zagadnienie w następujący sposób: czy wiecie i czy macie świadomość, jaką moc mają plotki? To wam daje jakiś punkt odniesienia, co słowa, modlitwy, dźwięki mogą zrobić. Energie, subtelne energie – energie w sensie czegoś co nie ma formy, lecz jest raczej wyrażaniem jakościowym, czymś co możemy nazwać energią wyrażaną albo siłą subtelnej energii – to coś, co należy dostrzec i zrozumieć. Oczywiście mamy pozytywne i negatywne formy energii. Skoro łatwo możemy zaobserwować i zrozumieć te negatywne, jak plotka czy obgadywanie, potrafimy także pojąć, co może zostać przez nie stworzone. Negatywne energie kreują w przestrzeni pewien rodzaj odbicia, które jest odczuwalne przez wszystkich, mimo tego, że nie ma konkretnych dowodów na jego istnienie. Jeżeli spojrzymy na to z drugiej strony, to pozytywne działania, takie jak zbiorowe modlitwy lub zbiorowe wyrażanie dobrych życzeń, w ten sam sposób wytworzą niezwykle silną pozytywną energię. Z punktu widzenia nauk buddyjskich łatwo jest nam – buddystom – zrozumieć, co niesie za sobą posianie nasiona karmy, które ma w sobie wielką moc tworzenia dobrych konsekwencji. Tak więc przemiana karmy, a zwłaszcza karmy zbiorowej, poprzez wysiłki jednostki połączone z wysiłkami całej społeczności, ma moc przemiany zbiorowego uwarunkowania.

Oczywiście karma oznacza przyczynę. Przyczyny mają niezwykłą moc, ponieważ to one definiują doświadczenia, przez które będziemy przechodzić. Ale karma i przyczyny zależą od uwarunkowań lub aktu tworzenia. Z punktu widzenia buddysty karma nie jest przeznaczeniem w tym sensie, że jest uzależniona od warunków. Byłaby niezmiennym przeznaczeniem, gdyby była niezależna, poza uwarunkowaniami. Zatem skoro karma zależy od warunków, to z punktu widzenia buddysty, zmieniając uwarunkowania możemy zmieniać karmę.

Nasze ciała, nasze umysły i nasza mowa to podstawowe elementy, od których zależy nasza karma. Wszystko to co tworzymy, uwarunkowania, o których mówimy, są całkowicie zdominowane przez ciało, mowę i umysł. W chwili, kiedy wykazujemy znaczne wysiłki, aby przekształcić nasze ciała, naszą mowę i nasze umysły w kierunku pozytywnych uwarunkowań, wówczas te dobre warunki stają się siłą napędową naszej karmy. Jeżeli karma byłaby samochodem, to warunki byłyby kierowcą. Ale pojedyncze ciało, pojedyncza mowa i pojedynczy umysł, bez względu na to, jak mocno próbowałyby pracować nad sobą, mogą nie mieć wystarczającej mocy, aby zmienić wszystkie uwarunkowania, które mają moc przekształcenia karmy. Dlatego ważne jest, aby wspólnie, zbiorową siłą wytwarzać większą moc i w ten sposób skuteczniej przemieniać warunki i karmę, której wszyscy doświadczamy.

W pojedynkę niewiele możemy zdziałać, nie będąc zaraz przytłoczonym tym wszystkim, co się wydarza. My, buddyści nazywamy to karmą i skutkami. Jednakże zbiorowo można to zmienić. Tak więc koncept Mynlam, idea, aby spotkać się i wspólnie modlić, jest cudownym przedsięwzięciem! Jest to wydarzenie niezwykle pożyteczne zwłaszcza w takich czasach, jak dzisiejsze. Nie powinniście patrzeć na to, jak na kolejny „kurs”. Chodzi tu raczej o naszą odpowiedzialność, nas – rasy ludzkiej. Odpowiedzialność, która ma wpływ na uwarunkowania egzystencjalne. To bardzo ważne, aby to zrozumieć. Zwłaszcza dla buddystów, którzy praktykują od wielu lat.


Tłumaczył Michał Łojewski


Samten Tse Polska samtentse.pl